Gombrowicz. „Kto czyta, ten żyje”

GOMBROWICZ. „KTO CZYTA, TEN ŻYJE”
program filmowy w ramach
III Festiwalu Tradycji Literackich

kuratorka: Adriana Prodeus

[...] twórcy, których dzieła zobaczymy podczas przeglądu, to niezwykli, szeregowi reżyserzy, którzy pilnie realizują podręczniki swojej materii. Nazwałabym ich raczej frustratami i ekstatykami kina, gdyż ich utwory celowo wymykają się głównym nurtom oraz ocenom branży, nierzadko balansując na granicy sukcesu i klęski. O kiczu, blamażu i chorobliwym patosie nie wspominając.

Każdy seans składa się z dwóch filmów – krótkiego i długiego metrażu – inspirujących do rozmowy i wprowadzających motywy dyskutujące z Gombrowiczem.

Na wszystkie seanse wstęp bezpłatny, liczba miejsc ograniczona, wejściówki do odebrania w kasach muzeum przed spotkaniem.

program

  • 15 listopada 2019 (piątek), godz. 17.00
    Strachy1938, reż. Eugeniusz Cękalski, Karol Szołowski
    Bibliofil, 1958, reż. Agnieszka Osiecka

  • 16 listopada 2019 (sobota), godz. 17.00
    Historia pewnej miłości, 1974, reż. Wojciech Wiszniewski
    Elementarz, 1976, reż. Wojciech Wiszniewski

  • 22 listopada 2019 (piątek), godz. 17.00
    Wieczne pretensje, 1974, reż. Grzegorz Królikiewicz
    Fochy, 2005, reż. Anna Karasińska

  • 23 listopada 2019 (sobota), godz. 17.00
    Femina, 1990, reż. Paweł Szulkin
    Mięso (Ironica), 1993, reż. Paweł Szulkin

  • 29 listopada 2019 (piątek), godz. 17.00
    O dwóch takich co nic nie ukradli, 1999, reż. Łukasz Wylężałek
    Film o sztuce biurowej, 1975, reż. Julian Antonisz

  • 30 listopada 2019 (sobota), godz. 17.00
    Dom wariatów, 1984, reż. Marek Koterski
    Argentyna, 1970, reż. Radosław Piwowarski
  • 6 grudnia 2019 (piątek), godz. 17.00
    Wszystkie nieprzespane noce 2016, reż .Michał Marczak
    Przyczynek do teorii językoznawstwa, 1972, reż. Filip Bajon

  • 7 grudnia 2019 (sobota), godz. 17.00
    Kosmos, 2015, reż. Andrzej Żuławski
    Gośćmi pokazu filmu „Kosmos” będą: Klementyna Suchanow i Jerzy Jarzębski.


Adriana Prodeus o cyklu Gombrowicz. „Kto czyta, ten żyje”:

Jak przechytrzyć Formę? Myśleć Gombrowiczem, patrzeć nim, słuchać? Nie wystarczy, bo w samym rozbrojeniu Formy czeka już kolejna. Na przykład ta, że Witold Gombrowicz: ten wieczny debiutant, transgresor, przyprawiacz gęb – jak to, co najlepsze w polszczyźnie – musi być nieprzekładalny. Skoro nie na inne języki, bo przecież parę z nich opanował i kontrolował w przekładzie, to przynajmniej w transmisji na inne media. A spośród nich na film – to on właśnie, komercyjny, rozrywkowy, gładki, musi być Gombrowiczowi obcy. Bo teatr przecież wciąż jest rozsadzany dramatem Gombrowicza. Podobnie sztuka, gdyby nie on, tkwiłaby wciąż w swych kierunkach, prądach i zjawiskach. Literatura, gdyby nie „Ferdydurke” wśród lektur szkolnych, wciąż kazano by mówić uczniom, co autor ma na myśli. I dlaczego on, właśnie Gombrowicz, koniecznie wielkim poetą był. A kino? Paradoksalnie, to wcale nie adaptacje utworów pisarza są z jego twórczością najgłębiej powiązane. Jedna zaprawdę udana ekranizacja nie została u nas wcale doceniona i mimo nagrody w Locarno długo nie mogła znaleźć polskiego dystrybutora. Dlatego obejrzymy ją jako podsumowanie na koniec przeglądu, dyskutując ze znawcami dorobku pisarza o „Kosmosie”, ostatnim obrazie Andrzeja Żuławskiego.

„Powtarzam, że jednym z podstawowych warunków odnowy literatury jest przezwyciężenie Gombrowicza” – mówił Tadeusz Różewicz w 1989 roku[1]. Jednak kino polskie, w przeciwieństwie do poezji, odnawia się nieustannie z pomocą Gombrowicza. To nim przezwycięża swoją niemoc i stagnację. To nim podłącza do prądu swoje martwe, choć tak młode ciało. Nim, czyli czym? Wolnością, paradoksem, buntem, a nade wszystko dążeniem, by cały czas być innym od siebie samego. Od siebie takiego, jakim się było przed chwilą, jakim się sobie samemu znudziło, zwiędło, obumarło. Kino jest na ten proces podatne jak żadna inna sztuka, bo żeruje na całych grupach ludzi, na wielkich budżetach, na celowniku mając tysięczne widownie. Dlatego twórcy, których dzieła zobaczymy podczas przeglądu, to niezwykli, szeregowi reżyserzy, którzy pilnie realizują podręczniki swojej materii. Nazwałabym ich raczej frustratami i ekstatykami kina, gdyż ich utwory celowo wymykają się głównym nurtom oraz ocenom branży, nierzadko balansując na granicy sukcesu i klęski. O kiczu, blamażu i chorobliwym patosie nie wspominając. To właśnie łączy polskich reżyserów wyrastających z tradycji Gombrowicza, że zachwycają się różnymi dziwami, marnotrawią energię na nic nieznaczące drobiazgi, że podskórnie, odruchowo przywołują skandal. Ich filmy miejscami bywają kampowe, przegięte oraz urocze w ten sposób, że rzucają urok. Są takie jak wrażliwość autora „Transatlantyku” – odrobinę niedokończone, a już rzucone na żer i w nas pączkujące. Narcystyczne, a zarazem uniwersalne. To filmy, od których rozwarstwia się nasza percepcja: być może kogoś odrzucą ze wstrętem, ale na pewno kogoś zachwycą.

Dlaczego literatura Gombrowicza, a nie Schulza, Leśmiana, Peipera? Bo to jego utwory wchodzą w kino jak klucz, który cały czas zmienia kształt i nigdy nie da się wymienić zamka. Dlaczego akurat twórczością Gombrowicza film jest wciąż zafascynowany? Mogę tylko przypuszczać, że łączą je wspólne procesy. Ciągłe niespełnienie, żądza rozkoszy (jak również żądza zemsty), a zwłaszcza resentyment trawią tę literaturę w niezwykle żyzny sposób – tworząc coraz to nowe, chwiejące się formy, zachwycające perfekcją i perfidią wpisaną w diabelski mechanizm. Taki, od którego nie można się oderwać. Ani przerwać seansu.

Z tego powodu filmy do przeglądu wybrałam takie, które się nie mieszczą – w historii i teorii polskiego kina, w tak zwanym piśmiennictwie filmowym zajmując również stosunkowo niewiele miejsca. Nawet dekady, z jakich pochodzą, to w gruncie rzeczy czasy triumfu innych modeli kinematografii. Większość powstała w latach 70., jeden tuż przed wybuchem wojny, jeden w połowie lat 80., trzy w zapomnianych latach 90. – momentach, zapamiętanych przez zgoła inne tytuły. A jednak to właśnie do nich się dzisiaj wraca, bo swędzą, pieką i – sprawdzicie sami – długo nie dadzą zasnąć. Na ich bazie tworzą się najbardziej niesamowite sny na jawie. Na ich karmie hoduje się najsłodsze choroby.

W tej przestrzeni przesady, dziwactwa i hipokryzji, jaką obejrzymy tu chronologicznie w polskich filmach powstałych od 1938 do 2016, odzwierciedla się to, co często chcielibyśmy wyprzeć. Że polska historia nie jest ani trochę tak prosta, jak zdaje się to przy okazji rocznic i świąt państwowych. Bowiem w tego rodzaju kinie istotna staje się deheroizacja przedstawionych wydarzeń. Trudno powiedzieć, który bohater jest autentyczny, który tę autentyczność gra, a który najbardziej autentyczny jest dopiero w sztuczności. Dla takich reżyserów jak wybrani przeze mnie do przeglądu: Eugeniusza Cękalskiego, Grzegorza Królikiewicza, Wojciecha Wiszniewskiego, Piotra Szulkina czy Marka Koterskiego kwestie estetyczne odgrywają kluczową rolę. A na ich szczycie jest groteska, nie tylko jako szczególny rodzaj komizmu, wykorzystujący kontrast oraz absurd, lecz przede wszystkim jako zasada rzeczywistości: groteska jako system polityczny, społeczny, jak sposób rozdawania nam ról, jakie mamy koniecznie zagrać. Nie mówmy o stereotypach? Właśnie nimi się posiłkujmy, albowiem patrząc przez nie jak przez witraż w szalecie miejskim widzimy, w czym na co dzień bierzemy udział.

Wydawało się, że Gombrowicza zbędzie się hasłami: queer, feminizm, postmodernizm, świętokradztwo, dekonstrukcja. Lecz im więcej łatek się mu przypina, tym piekielny Piotruś robi więcej dymu. Spróbujemy zatem przedrzeć się przez zasłony dymne, które rozciąga przed widzem taki film jak „Wszystkie nieprzespane noce” Michała Marczaka – fikcyjny dokument czasu, który był przed chwilą, a już wydaje się tak odległy jak kapsuła wystrzelona w Marsa. Patrząc z drugiej strony, też będzie gęsto, choć te dymy to palące się miasta. Zajrzymy pod spódnicę tanecznego warszawskiego kabaretu na podstawie melodramatycznej powieści „Strachy” Marii Ukniewskiej, w ostatniej chwili, zanim od brzegu odbije transatlantyk z przyszłym Witoldo na pokładzie. Wszystkie wybrane tutaj filmy pokazują, jak nieskutecznym narzędziem komunikacji jest język. Potyka się w nim o własne nogi Adaś Miauczyński w swojej pierwszej inkarnacji z „Domu wariatów” Koterskiego. Ucieka przed nim młody robotnik w „Historii pewnej miłości” Wojciecha Wiszniewskiego, kuśtykając aż do granic nonsensu. Brandzluje się nim Szulkin w „Mięsie”, każąc tańczyć balet rzeźnikom, a zomowcom stoczyć walkę z zakonnicą. Ostateczną kapitulację języka głosi również wspomniany „Kosmos”, ale też kolejny pośmiertny film-testament Andrzeja Żuławskiego, którego nie umieściłam w tym przeglądzie, gdyż oglądacie go właśnie w kinach. „Mowa ptaków” Xawerego Żuławskiego, bo ją właśnie mam na myśli, mogłaby krzyczeć w samym środku tej retrospektywy, gdyż oddaje wrażenie niezrozumienia siebie nawzajem mimo używania tych samych słów, a właśnie dzięki nim, oderwanym od naszych ust i jakby zawieszonych w ciemności. Obcych, autoagresywnych niczym w słowotoku „Nie ja” ze sztuki Samuela Becketta. Jednak o bezpańskim języku powiedzą nam na przeglądzie inne, krótkie filmy, każdorazowo poprzedzając projekcję długiego metrażu. Będzie to miniatura „Film o sztuce biurowej” Juliana Antonisza, pseudorelacja z biennale, parodia języka sztuki, ale także „Przyczynek do teorii językoznawstwa” Filipa Bajona, czyli monolog dziewczynki starającej się o mieszkanie dla rodziny. Bełkot haseł, którymi zaklina się naszą wyobraźnię, stanie się też przedmiotem absurdalnej etiudy studenckiej autorstwa Agnieszki Osieckiej. Slogany takie jak ten, który wybrałam na tytuł przeglądu: „Kto czyta, ten żyje”, organizują wciąż pamięć zbiorową. Reżyserka kompromituje je, radząc żyć dwukrotnie dłużej za sprawą podróżniczego pisma, którego film rzekomo ma być reklamą. Wprowadzanie konsternacji to również cel nastolatki z „Fochów” Anny Karasińskiej, wziętej reżyserki teatralnej młodego pokolenia. Maski zakładane przez jej bohaterkę to jedne z kilku modeli, jakie zakłada nam dojrzewanie wśród rodzinnych schematów. Ten sam proces, ale na płaszczyźnie narodowej pokaże „Argentyna” Radosława Piwowarskiego, zjadliwy obraz codziennej, znojnej wojny ojczyźnianej. Jej obserwatorem z daleka był właśnie Gombrowicz, na przykład wtedy, gdy pisał, że historia polskiej wódki to w pewnym sensie historia polskiej naiwności. Chłopiec w Polsce zapija nie dlatego, że mu smakuje, tylko że chce być mężczyzną, że z kieliszkiem podoba się sobie bardziej niż bez kieliszka. Jest w tym sporo narcyzmu, także romantyzm, jest w tym mitomania. I podobnie rzecz się ma często z naszym smakoszostwem i i obżarstwem. Polak zawsze idealista i przy stole jest męczennikiem swego ideału, gotów jeść i pić do upadłego, byle rozkosz się wypełniła – choć już nie może więcej, choć wie, że opłaci to bólem głowy, czkawką, rzyganiem i wzdęciem kałduna. Ale idzie o ucieleśnienie szału. Podobnie bywają Polacy, którzy są męczennikami kawałów, honoru lub tańca.

Męczenników rozkoszy filmowego transu będziemy śledzić zatem w tym przeglądzie, który szuka możliwych połączeń między pozornie odległymi krańcami kina. Całe zlodowacenia dzielą przecież nostalgię „Elementarza” Wiszniewskiego i „Feminy” Szulkina od burzycielskich filmowych wybryków wizjonera i wiecznego adwersarza świata Grzegorza Królikiewicza, autora „Wiecznych pretensji”. Tudzież od łobuzerskiego dziennika z Cierpiów Dolnych, gdzie mijają kolejne beznadziejne dni początków polskiej transformacji w „O dwóch takich, co nic nie ukradli” Łukasza Wyleżałka na podstawie tekstu Pawła Huellego. Jak zderzą się ze sobą te filmy, przyznam, że sama jestem ciekawa. Zapewniam, że kolizja estetyk i sensów będzie jednak kontrolowana.

I te piękne katastrofy na wielkim ekranie mają być właściwie odpowiednikiem literatury Gombrowicza, której celem, jak pisze Janusza Margański, nie było samo pisarstwo, lecz coś innego, czego pisarstwo miało być zaledwie urzeczywistnieniem (…) Cel ów to przełożenie trudności w stosunkach między ludźmi na stosunki między tek­stami[2]. Idąc za tą myślą, w tym przeglądzie interesują mnie stosunki między filmami. Dlatego zachęcam, aby wziąć udział we wszystkich rozmowach i seansach. Dopiero wtedy przed oczyma stanie nam gombrowiczowska gęba polskiego kina. A to dopiero Forma! – uśmiałby się autor. Lecz on nie śmieje się z tego wszystkiego, tylko śmieje się tym. Campem.

Adriana Prodeus

  • [1] K. Braun, T. Różewicz, Języki teatru, Wrocław 1989, s.162.
  • [2] J. Margański, Gombrowicz wieczny debiutant, Kraków 2001, s. 26-27.

______________________________________________________

Fotosy pochodzą z filmów: Elementarz, Dom wariatów, Wieczne pretensje, Fochy.
_______________________________________________________





Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego pochodzących z Funduszu Promocji Kultury.

Partnerzy: Muzeum Witolda Gombrowicza we Wsoli, Nagroda Literacka im. Witolda Gombrowicza, Teatr Polski we Wrocławiu, Kino Polska, Studio Filmowe KADR, Wytwórnia Filmów Oświatowych Sp. z.o.o., Filmoteka Narodowa – Instytut Audiowizualny

Patroni medialni: TVP Kultura, TVP 3 Wrocław, Radio TOK FM, Gazeta Wyborcza Wrocław, Książki. Magazyn do czytania, Booklips.pl, Lubię Czytać, Opętani Czytaniem, Wroclife