Tadeusz Różewicz i Ewa Kierska

Fragment listu Tadeusza Różewicza do Ewy Kierskiej, 17 V 1975

Tadeusz Różewicz i Ewa Kierska pisali do siebie przez kilkadziesiąt lat. Ich korespondencja wygląda na niesymetryczną, listów Różewicza, odesłanych mu w fotokopiach przez Wiesława Dyląga po śmierci Kierskiej, jest dużo więcej. Być może winić za to należy mniejszą pieczołowitość poety w prowadzeniu archiwum. Malarka przeciwnie, starannie zabezpieczała nie tylko otrzymane listy i pocztówki, ale także karteczki, które poeta wsuwał w drzwi mieszkania na Biskupiej w Krakowie, gdy nie zastał jej w domu.

Malarka Ewa Kierska-Hoffman jest znana mniej, niż na to zasługuje. Wynika to po części z jej introwertycznego charakteru i oryginalnej drogi twórczych poszukiwań (studiowała z malarzami z obu Grup Krakowskich, ale nie należała do żadnej z nich), a po części z niechęci do awangardowych eksperymentów, wyznaczających milowe kroki historii sztuki XX wieku. Jej martwe natury i inne obrazy są malowane według prawideł akademickiego warsztatu, tchną przy tym surrealistyczną atmosferą. Mąż Kierskiej Adam Hoffman energicznie działał w środowisku artystycznym i akademickim Krakowa oraz Katowic, jego uczniowie wspominają wizyty u profesora, podczas których duże wrażenie robiła na nich jego piękna, dystyngowana, cicha żona. Na podstawie tych wspomnień Sylwia Góra tak opisuje ją w książce:

Całe życie Ewy Kierskiej wypełnione było drobnymi, nietuzinkowymi zwyczajami. Unikanie słowa „ciocia” był zaledwie jednym z nich. Kolejny, o którym była już mowa, to niechęć do tłumów, większych skupisk ludzi, a nawet w ogóle do towarzystwa obcych. I tak na przykład w okresie, kiedy chodziła do filharmonii, kupowała miejsca tak, żeby nikt obok niej nie siedział, a gdy zdarzyło się, że jednak ktoś się dosiadał, była bardzo niezadowolona. Jeśli w ogóle zdecydowała się wyjść, nigdy nie zapomniała założyć rękawiczek. Właściwie nie rozstawała się z nimi, nie lubiła bowiem dotykać dłonią obcych przedmiotów.

Z listów Różewicza wyłania się dla odmiany obraz człowieka będącego nieustannie w drodze. Z Krakowem i Warszawą wiążą go zarówno sprawy służbowe, jak i względy towarzyskie. W Krynicy i okolicach Częstochowy odpoczywa. Poza tym, zapewniając, że robi to niechętnie, przyjmuje jednak zagraniczne zaproszenia, odwiedza Wiedeń, Drezno, Londyn, Amsterdam, po dłuższych wahaniach także Amerykę. Trochę na ten tryb życia narzeka, ale przyznaje, że lubi stan zawieszenia, którego można doświadczyć w podróży. W liście z 28 VI 1970 pisze: Będąc w pociągu jestem nigdzie i tak mi dobrze*.

Z wyjazdami wiążą się pobyty w muzeach, 14 XI 1970 zadowolony Różewicz pisze Kierskiej, że „podjadł sobie obrazów”:


*w tym i kolejnych cytatach z korespondencji pisownia oryginalna.

Droga Pani Ewo, – jestem w domu „prosto” z Wiednia, (via Warszawa)... mam jeszcze w sobie (nie „w oczach”) obrazy Arcimboldo i całą salę Breughela, Heimkehreden Jägern… zimowy krajobraz – i jesienny „Düstere Tag” (a może to marzec?) i Chłopskie wesele, i Rzeź niewiniątek i przedziwną Burzę morską (jeden z ostatnich jego obrazów)... wielką salę pustą i pełną turystów, w której spędziłem kilka dobrych chwil (chodziłem tam przez tydzień – o 10 rano i wychodziłem z muzeum o 14-15 tej)... Tam w osobnej sali godzi człowieka ze światem Vermeer „alegorią malarstwa” – odwrócony do nas plecami, w czerwonych pończochach… podjadłem sobie obrazów… żarłok i łakomczuch... (...) Siedziałem prawie cały rok (od października zeszłego roku) we Wrocławiu – stąd taki głód… jestem człowiekiem „muzealnym”, zaraz pierwszego dnia podróży pędzę do muzeum i tak długo łażę, aż stopy odparzę… to są przygody...tym razem przesiedziałem kilka godzin w Naturhistorisches Museum najpierw znudzony, a potem z „otwartymi ustami”, że takie cuda są na świecie.

Innym tematem, który stale przewija się w listach, jest literatura, recenzje książek, polecanie sobie lektur, przesyłanie artykułów i numerów czasopism. Jednym z ulubionych twórców obojga zostaje Norwid. Wiersz o starym poecie, Taki to mistrz, wysyła Różewicz osiemdziesięcioletniej malarce, ona nie może już wtedy samodzielnie czytać.  Oboje żyją długo: Różewicz dziewięćdziesiąt trzy lata (1921-2014), Kierska dziewięćdziesiąt (1923-2013) i z tego powodu ich korespondencja jest też relacją z procesu starzenia się. Pierwsze, zachowane w ossolińskiej kolekcji listy, są wymieniane między ludźmi w sile wieku. Zainteresowanymi jeszcze „urokami życia”. Przynajmniej jeśli chodzi o Różewicza, bo Ewa Kierska żyje ascetycznie, rzadko opuszcza mieszkanie, unika zgiełku. Cierpi na bóle głowy. Różewicz namawia ją w związku z tym do spacerów, ale, jak wiemy, ona za nimi nie przepada.

Z czasem wzmianki o chorobach, szpitalach i sanatoriach stają się coraz częstsze. Listy z ostatnich lat to dowód wzajemnej troski o siebie i bliskich. Widać, jak zmienia się autorom charakter pisma, ostatnie kartki kreślą drżącą ręką. Zupełnie ostatnie są redagowane w imieniu Kierskiej przez Jacka Waltosia, jej sekretarza. Różewicz pisze samodzielnie.

Bóle dotyczą nie tylko ciała. Autor Kartoteki zwierza się malarce ze stanów lękowych. Przyznaje w jednym z listów, że Kierska, jako jedna z niewielu osób, zna jego dwa oblicza: człowieka sukcesu, który robi międzynarodową karierę i człowieka dotkliwie doświadczającego własnej słabości.  W liście z 20 I 1973 pisze:

Pani Ewo,
pada śnieg. Wróciłem przed tygodniem z Łodzi i Warszawy z gorączką do domu – przeleżałem tydzień – ale jeszcze nie jestem całkiem zdrów i siedzę w domu. Czułem się (w łóżku) kilka razy tak dobrze jak w czasach szkolnych (nie trzeba było iść do szkoły)... czytałem może dlatego Filomatę i Wesele Wyspiańskiego. Ale potem te dobre szkolne nastroje ustąpiły, a w czaszce, tej skrzyneczce z kości zagościła ta paskudna trwoga – to obrzydliwy stan – którego – ja były kapral podchor. czasu wojny – nie cierpię, którym czuję się upokorzony, ale który mnie nie opuszcza – odbarwia życie i odbiera mu smak. (...) Pani Ewo, domyślam się skąd „podchodzi do mnie” to upokarzające poczucie strachu (przerzuca się z głowy do brzucha teraz…), ale nie widzę sposobu usunięcia, to chyba zniknie razem z życiem…(...) Jak zrzucę ten obrzydliwy worek z karku, jak go wyrzucę z brzucha, to się pokaże u Pani uśmiechnięty jak wiewiórka (nie widziałem zresztą uśmiechniętej wiewiórki) i lekki jak wróbel (zimą).
Napisałem o tym „stanie” do Pani, bo musiałem (może to zresztą brak dyscypliny), ale bardzo proszę tego nie uwzględniać w swojej odpowiedzi – bo tutaj pisanie jest bez znaczenia – są to uczucia – moim zdaniem – fizyczne i realne i muszą być zwalczane nie słowem (literą) ale ciałem, życiem dotknięciem (fizycznym).

Ewa Kierska też jest zazwyczaj zdyscyplinowana i tylko bardzo rzadko daje upust swoim smutkom, tak jak na w tej notatce:

19.IX.
Dopiero dzisiaj dopisuję pozdrowienia. (Wstyd się przyznać, ale wbrew wysiłkom (?) (tak – EK) i pragnieniom „dzikie smutki, jak kolcem najeżone głogi obrosły mego życia jałowe odnogi” – bez potrzeby i chęci staram się malować i żyć…)

Różewicz napomina za to w liście pisanym już dwa dni później (21 IX 1971):

Pani Ewo, proszę przełamać złą pesymistyczną siłę, która Panią trzyma. Ta ostatnia notatka z 19.IX. Taka niepodobna do Pani… „bez potrzeby i chęci…” więc te wszystkie Pani lektury nie przydały się na nic…. i Pani takie zdanie napisała, jakby te wszystkie lektury (które mi polecała (poleca) nie były warte funta (?) kłaków. Oto logika kobieca. Karmi się pani wspaniałym myśleniem francuzów, greków, filozofów, poetów i nage takie zdanie?!

On sam jednak, poza egzystencjalną trwogą, także narzeka, również na rzeczy bardziej przyziemne. W tym samym liście poświęca sporo miejsca dramatycznemu opisowi braku warunków do pracy twórczej na ulicy Glinianej we Wrocławiu:

Nad moją głową ktoś pilnikiem jeździ po metalu a za oknem drą się dzieci na klatce schodowej szczekają pieski, mimo laurów i sukcesów nie zdołałem sobie zapewnić ciszy (niezbędnej mi do pracy) a mam już 50 lat. Miałbym o wiele lepsze „wyniki”, gdyby nie to, że przez całe moje życie („twórcze”), miałem złe, fatalne warunki do pracy. (...) Ten przeklęty idiota – nie wiem, jak to się pisze: piłuje, pióuje czy piuje niech go szlag trafi. Niech sobie Pani ten list schowa głęboko – albo spali – oto do jakiego stanu doprowadza się „liryka”, który ryczy jak ranny lew. (...) No więc proszę sobie wyobrazić, że mam śmietnik za oknem, tramwaj pod oknem a za ścianą przychodnię lekarską dla dzieci, że mnie do tej pory szlag nie trafił, to tylko zasługa mojego zdrowego organizmu.

„Różewicz. Bez tekstu”, dokumentacja wystawy w Muzeum Pana Tadeusza (15.12.2017–11.03.2018), fot. Adriana Myśliwiec

Oboje potrafią na szczęście smutek i frustrację czynić materią swojej twórczości. Różewicz napisał nawet wiersz Decybele zainspirowany miejskim hałasem.

Może dla poprawy humoru Kierska daje mu prezencie obrazy. Dostał ich ponoć sześć. Na jednym z nich namalowana jest książka otwarta na stronie z wierszem, motyw częsty u malarki. Jest to utwór Pragnienie Różewicza. Nie zilustrowała go, ale namalowała wiersz zapisany w książce. Tak właśnie przedstawiała rzeczy, z szacunkiem, nie odmawiając im tajemnicy, ale i nie lekceważąc ich symboliki. Respektując nieprzekładalność obrazów i słów. Patrzący na malowidło pozostaje czytelnikiem. Autorka zadaje mu tekst i nadaje kontekst. Wiersz staje się obiektem estetycznej kontemplacji. W jego zakończeniu poeta wyraża życzenie, aby słowa miały moc i materialność:

Chciałbym nie mówić
lecz czynić słowami
aby słów moich dotknęli rękami
ludzie

Ta moc może być rozumiana jako zaklęcie albo boski akt kreacji. (Wtedy Bóg rzekł: «Niechaj się stanie światłość!» I stała się światłość Rdz, 1,3). W pewnym sensie obraz urzeczywistnia to pragnienie, widz może (choć jest to muzealnicza profanacja) dotknąć słów Różewicza malowanych ręką Kierskiej.

Ciekawe jest porównanie tego poetyckiego (z nalotem socrealistycznym) credo (z roku 1952) z prywatnym listem Różewicza do Kierskiej, zacytowanym wcześniej.

Napisałem o tym „stanie” do Pani, bo musiałem (może to zresztą brak dyscypliny), ale bardzo proszę tego nie uwzględniać w swojej odpowiedzi – bo tutaj pisanie jest bez znaczenia – są to uczucia – moim zdaniem – fizyczne i realne i muszą być zwalczane nie słowem (literą) ale ciałem, życiem, dotknięciem (fizycznym).

Absolutnie wbrew wymowie wiersza w liście poeta deklaruje przekonanie o bezradności języka w konfrontacji z fizycznym cierpieniem. Słowami można co najwyżej rozwiązać techniczne problemy poetyki, a nie uśmierzyć czyjś strach. To bardzo nie wieszcza, nie romantyczna, nie tyrtejska postawa. Niepopularna w czasach Internetu i społecznej izolacji.


Źródła